Psimi oczami na ludzki świat

Wpisy

  • czwartek, 19 kwietnia 2018
    • Łóżkowe wojny

      Hau-bau.

      Mam ochote kąsać. Gryźć i szarpać. Niszczyć wszystko. Dosłownie WSZYSTKO!!! Niech tylko znajde jakiegoś buta. Poszarpie i zagryzę te ich ubrania. Nawet kanapy nie oszczędze. Zatopie kły w nogach stolika. No po prostu będę niegrzeczny. Prawdziwie niepsi. 

      Skoro uważają że jestem niegrzeczny. To ja im pokaże prawdziwą niepsieczność. Pokaże tym Wredotom jaki naprawdę jest zły pies. Ja im serce na łapie oddaje. Liże, tule! A te... potwsiory, wyrzucają mnie z sypialni. Z mojego psiasnego łóżka. Mnie! Najlepszą grzałkę w świecie! 

      I te ich szczekanie. "Pysia spi na kanapie, przecież nie będziesz sam." Albo "Jesteś już dużym psem." Psiepraszam bardzo co to za argumenty? Od kiedy to duże psy muszą spać osobno? Warczałem im że się na to nie godze. No nie i już. Nawet szczekałem że przecież Pyśka jest mała i też nie śpi w łóżku. (No ok Pyśka to zły argument, ona woli spać sama.) Nie żebym chciał aby zabrali ją do łóżka zamiast mnie. Po prostu tak mi się wyrwało. Tyle psięścia że nie zrozumieli. 

      A ja nie chce spać na kanapie! Nawet z Pyśka! Ja chce na moje łóżko! Chce do Mamy i Taty. Chce do moich Wredot. Co miałem robić? Spałem pod drzwiami. Cała noc. Nie ruszyłem się nawet jak Pysia mnie wołała. Może jej to obojętne że śpi z dala od łóżka, ale mi nie. Jak tylko wyszli z sypialni już się do nich cieszyłem i skakałem. 

      I nic to nie dało! Nic! A jeszcze ta zdrajkocini Pyśka odmówiła pomocy w zmiękczaniu ich serduszek. I to ma być psiostra! Raczej kotstra! Pfu! 

      Dziś Mic wziął mnie na pogadanke. Od razu zacząłem mu warczeć swe smutki, że chce wrócić spać z nimi. A ten nic tylko mnie głaskał i mówił że nic nie może zrobić jeśli dalej będę się tak zachowywał. I wtedy wyjaśnił mi o co chodzi.

      Na Wielką Kość pełna Szpiku. Pies raz czy dwa no max cztery się zawącha i troche się oddali i od razu takie kary? Przecież nic się nie stało. Tylko się zaniuchałem. Nie mogli od razu zaszczekać że chodzi o taką głupotę? Ci ludzie!

      Od dwuch dni jestem na każde najmniejsze zawołanie. Staram się nawet uprzedzać ich wołanie. Dziś nawet usłyszałem że jestem "Dobrym Psem". Jakby ktoś miał wątpliwości. 

      No i hahahahau udało mi się. Właśnie wołają mnie do sypialni. 

      P.s. Psytałem Pysi czy nie chce iść ze mną. Jak zwykle odszczeła że nie. Musze Ją chyba zacząć jakoś psiekonywać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 kwietnia 2018 20:26
  • niedziela, 08 kwietnia 2018
    • Torpsieda

      Hau-bau.

      No Pyśka zlazła od migoczącego pudełka i teraz JA biorę je w swoje łapki. Nawet nie wiecie, ile czasu zajęło mi przekonanie jej by skrobnęła o sobie kilka słówek. Mam nadzieję że wszystko dobrze napisała. Ale ja nie o tym. 

      Spacerki. Kocham spacerki. Chodzenie i niuchanie. Niuchanie, kopanie. No po prostu spacerek to jest TO! Gorzej gdy nagle, całkiem znienacka pojawia się spacerowy kompan. I jeszcze pół biedy że jest to nowy ludź, gorzej gdy jest to nowy pies. Koniec wtedy ze spokojnym niuchaniem, czy takim zwykłym zaglądnięciem w każdą dziurę. Taki nowy psiompan nie umie poczekać i od razu wsadza swój nos tam gdzie chce się samemu poniuchać. Nigdzie nie można się zatrzymać nawet by sprawdzić czy coś się zmieniło, bo taki psiompan od razu wpycha się obok. A wszystko zaczyna być naprawdę problematyczne gdy ten psiompan to własna psiostra.

      Nawet szczekanie z psiumplami zaczyna być problematyczne. Franek wyraźnie dał mi do zrozumienia że muszę ogarnąć są nową psiostrzyczkę. No co ja mu poradzę, że ona taka strachliwa? Nawet przed Miśkiem uciekała! MIŚKIEM! Eh. I nic mnie nie słuchała, że on jej nic nie zrobi. Te psiodzeństwo. Aż boję się ją poznać z Liną. Tyle dobrego że chociaż Zico nic sobie nie zrobił z jej zachowania, gdy próbowała go odstraszyć i uciec. (Nie żebym się jakoś specjalnie z Zico ostatnio zapsiumplował. Po prostu chyba przywykłem że to taki... wariat.)

      No i właśnie wczoraj znów spotkaliśmy Zico i jego właścicielkę. A kiedy jeszcze moje Wredoty zaproponowały wspólny spacer, myślałem że się psiesłyszałem. Niech no kota... czy ja naprawdę coś spsociłem że mnie tak karają? Ale na szczęście Mic zaproponował wrzucić nas na wybieg. To była ulga. Od razu podreptałem sobie na bok. Niuchałem w najlepsze. Tylko co jakiś czas tak tylko troszke zerkałem na to co się tam dzieje. Zico zaczepiał wszystkich i wszystko wokół, a Pyśka... jakby mogła to by chyba schowała się między nogami Kas. Poczułem prawdziwą Psiolność. Byłem dziki. Jak mój psiodek wilk. Byłem Psilkiem!

      I nagle coś jak strzała przemknęło obok mnie! Tak.... FIUUUUU! I już tego nie było! A po chwili ledwo zdążyłem odskoczyć. Gdybym tego nie zrobił to Zico by mnie pewnie stratował. Chciałem się obejrzeć, kiedy to coś znów tak szybko śmignęło obok mnie. NAWET MÓJ PSI WZROK NIE BYŁ W STANIE TEGO DOSTRZEC! Próbowałem to dogonić. Nawet udało mi się zrównać z Zico, ale wciąż nie byłem w stanie dogonić tego czegoś. I nagle to coś zaczęło biec w stronę moich Wredot. Przyspieszyłem. Przecież to coś mogło przestraszyć Pysie! I kiedy już to prawie doganiałem, już zrównałem się z tym... prawie potknąłem się o własne łapy, gdy zobaczyłem co gonie. Tą torpedą była Pysia! Gnała jak prawdziwa PSIORPEDA! Wywalony jęzor i taka radocha na pyszczku. 

      I pewnie gnałaby dalej gdyby Kas nie stanęła na jej drodze. Nigdy nie widziałem takiego szybkiego zatrzymania. Normalnie jakby był tam jakaś niewidzialny psiamulec. Już do niej podbiegłem, by spytać gdzie nauczyła się tak biegać i zatrzymywać, gdy znów ruszyła przed siebie. I woof, no co miałem robić? Ruszyłem za nią! Razem z Zico zrobiliśmy psiawody: "Kto pierwszy dogoni Pysie."

      To był naprawdę miły nocny spacer. A raczej bieg. Psieg!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 kwietnia 2018 20:39
    • Wypiszcze się

       

      byłoteraz

      Hau-au.

      Psień dobry. Jeszcze troszkę się boję, ale mój psiaciszek mówi że powinnam się wam przedstawić samopsielnie. Jestem Pysia. Przynajmniej ludzie tak na mnie mówią. Mówią też że mam jakieś dwa latka, choć jeszcze nie do końca wiem co to znaczy, ale słyszałam że to niedużo. Choć Peki mnie szturcha że mam nie trząść uszami a siadać i pisać w tym dziwnym pudełku, wciąż wątpię by ktokolwiek chciałby słuchać mego szczekania. Ale podobno psiaci starszych trzeba słuchać, więc szczekam. 

      Odkąd pamiętam, po tym jak straciłam dom, opiekował się mną taki duży psiolega. Wtedy jeszcze nie miałam imienia. A raczej miałam i on też miał, tylko że psich imion nie da się od tak przekazać ludziom. Kręciliśmy się razem z miejsca na miejsce szukając jedzenia i choćby troszkę wygodniejszego miejsca do spania. Podejrzewam że gdyby nie mój psiolega nie dałabym sobie rady. Zawsze mnie bronił, zawsze dzielił się ze mną wszystkim co znalazł, aż do dnia gdy się nie obudził. Choć szturchałam go noskiem, biłam łapką a nawet szczekałam na niego. Mój towarzysz nie chciał się ruszyć. Zaczynał też coraz dziwniej pachnieć. I chyba właśnie to sprowadziło na nas pewnego wielkiego ludzia. Tak bardzo się bałam. Nie wiedziałam co robić, bo ten ludź zabrał mego psiolege. Próbowałam iść za nimi, ale łapki miałam takie sztywne. Tylko piszczałam, płakałam za moim psyjacielem. 

      Już myślałam że zostałam sama, ale ten ludź zaczął wracać. Przynosił mi jeść. I zrobił takie dziwne miejsce, które okazało się idealne do spanka. A potem pojawił się kanciaty Potwór. Pierw tak zachęcająco pachniał. Każdy głodny pies to zrozumie. A ja byłam głodna. I było tak zimno, bo co kilka dni padał taki zimny śnieg. A każdy pies wie że pełny brzuszek to choć trochę ciepła. No i zbliżałam się do tego kanciastego. A on dawał takie smaczne pachnące jedzonko. Kanciasty był bardzo wąski i jak weszłam za daleko zrobił takie wielkie KŁAP! 

      Próbowałam uciec! Naprawdę próbowałam. Piszczałam o pomoc, płakałam. Ale Potwór nie chciał mnie wypuścić. I co straszniejsze przyzwał tych wielkich ludziów! Zaczęłam się rzucać. Nie wiedziałam co było straszniejsze Kanciasty Potwór czy ludzie. I chyba by moje psie małe serduszko nie wytrzymało tego gdyby nie to jak mówiły. Nie wiedziałam że ludzie mogą mówić takim miłym głosem. Zabrały mnie ze sobą, nadal uwięziona w Potworze. Wtedy było mi już wszystko jedno, choć miałam cichą nadzieję że może, ale tak tylko troszkę zabierają mnie by uwolnić mnie od tego stwora. 

      Te ludzie zabrały mnie do takiego dziwnego miejsca. Pachniało tam dziwnie. Niby innymi pieskami, ale też nowymi nieznanymi zapachami. Skądś pamiętałam ten zapach. Zbyt się jednak bałam by choćby próbować sobie przypomnieć.  Sama nie wiem kiedy to się stało i z szczęk potwora znalazłam się na takim twardym czymś i kolejny ludź dotykał mnie swymi ludzimi łapkami. Ale tak miło. Delikatnie. A potem tamte wcześniejsze ludzie mnie też dotykały tak delikatnie. Słyszałam jak mówili że jestem chora. Że moje ciałko jest chore i będzie trzeba mnie leczyć. Widziałam jak pokiwały te ludzie do tamtego ludzia głowami i zabrały mnie. Zabrały mnie do domku gdzie jak się okazało mieszka dużo takich niechcianych piesów jak ja. 

      Poznałam tam jednookiego Gonzo. Początkowo trochę się bałam jego wesołości, ale to właśnie on nauczył mnie zabawy w ganianego. I Sabinkę, która się mną zaopiekowała i Tolcie i Dagusia i Gryzie i nawet koty. Do tej pory nie wiedziałam że koty mogą być miłe. To oni wszyscy przekonali mnie do tych ludziów co tam mieszkali. Że nie zrobią mi nic złego. I chyba to prawda bo i miałam ciepło do spanka i jeść i gdzie biegać. Nawet dostałam zabawki. Takie do gryzania. Ja naprawdę byłam tam szczęśliwa. Nawet gdy coś zrobili z moim brzuszkiem że troszkę pobolewał i swędział. I naprawdę nie chciałam stamtąd odchodzić. Mimo iż Gozno mówił mi że to nie jest miejsce na stałe, to ja miałam nadzieję że mnie nikt nie psygarnie. Chciałam zostać już tam na zawsze najlepiej z nim. Był moim prawdziwym Psyjacielem. 

      Aż pewnego dnia usłyszałam że przyjadą po mnie jacyś ludzie. I mnie zabiorą. I mimo iż Gonzo i Gryzia mówili że powinnam się cieszyć ja wiedziałam swoje. Starałam się zrobić jak najgorsze wrażenie. No i omijałam ich szerokim łukiem. Ale to nic nie dało i jednak mnie zabrali. Początkowo strasznie się ich bałam. A najbardziej wystraszyłam się gdy się okazało że u nich mieszka już piesek. No bo po co komu taki znajdek jak ja jak ma już pieska? 

      Ale zostałam. Choć początkowo byli straszni ci ludzie tutaj, okazali się potem niestraszni. Peki też jest bardzo ok. Może nie umie się bawić jak Gonzo, ale nie jest źle. Naucze go tak jak nauczył mnie Gonzo. A ci moi ludzia jak nazywa ich Peki - Wredoty, też z każdym dniek okazują się coraz bardziej ok, a nawet fajni. I choć czasem zwalają mnie z łóżka to naprawdę chyba o mnie dbają. Dostaje jeść, głaszczą mnie i spacerkują ze mną. Żałuje że nie mogę już biegać swobodnie, ale mówią że jeśli będę grzeczna to więcej niż możliwe, że będę za jakiś czas biegać sama. Na razie ucze się chodzić ładnie na smyczce. To taki długi kawałek sznurka. Nie jest źle. Au.

       

      ♥ Gonzo jeśli kiedyś to psieczytasz, wiec że tęsknie za Tobą. Ale że jestem też psieśliwa. I mam nadzieję że kiedyś Cie jeszcze zniucham. Szczekaczki! 

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 kwietnia 2018 14:06
  • środa, 04 kwietnia 2018
    • Dogadanki-szczekanki

       

      Hau-bau. 

      Pamiętacie jak pisałem że Pysia jest u nas od soboty? To psiawda. Tylko nie sprecyzowałem że nie chodzi o ta sobote co byla ostatnio, tylko tą wcześniejszą. 

      Ogolnie wiec Pysia jest u nas już dłuższy czas. Początkowo naprawdę była strasznie bojaźliwa. Nawet nie wiecie ile czasu spędziłem na tłumaczeniu jej że naprawdę nie ma się czego bać. Najłatwiej było na spacerach. Bardzo się ożywiała gdy pokazywałem jej najlepsze niuchaczowe miejsca. Uwierzcie mi to męczące pilnować by moja mała psiostrzyczka się niczego nie wystraszyła. Na szczeście nie musiałem jej przekonywać do rodziców. Tym zajęli się sami. Można się nawet domyśleć w jaki sposób do tego podeszli. Mic oczywiście drapankiem, a Kas jak to Mama smakosie i oswajanie. 

      Powiem szczeże, że im dłużej Pysia jest u nas tym bardziej ją lubie. Umie się dziewczyna zachować. Je ze swojej miski, nie podbiera mi piłek. Nawet nie wpycha się na Tatowe kolanka. W ogóle nie wpycha się na kolanka. I za to właśnie ją lubie. Kiedy przestała już płakać i można było z nią poszczekać naprawde okazała się interepsiująca. Ile ona przeżyła! A ile ja, kiedy próbowałem wyciągnąć od niej to wszystko. Przez to nie spałem kilka nocy. Ale uważam że było warto. Pomogło to nam. Teraz możemy zaczynać tworzyć naszą psiodzinę. 

      Nie mówcie na razie Pysi, ale powoli naprawdę powoli zaczynam dostrzegać pozytywne strony posiadania takiej Małej Psiostry Dygotki :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      środa, 04 kwietnia 2018 21:01
    • Psiarmagedon. Panika. Hop!

      Peki i Pysia

      Hau-bau.

      Psiarmagedon! Koniec świata! Nikt mi nie uwierzy w dzisiejszą opowieść.

      Ile to razy musiałem wysłuchiwać, że musze być grzeczny i dobrze się uczyć, bo któregoś dnia może pojawić się psiostra i będę musiał o nią dbać. Nauczyc domowych zasad, bronic przed niebezpieczeństwem, pokazywac co jak i gdzie. Czasem to naprawdę się cieszyłem że mam klapnięte uszki. Podejrzewam że jakbym miał stojące to by mi odpadły. Naprawde odpadłyby i uciekły. No bo ile można słuchać o tym samym? 

      Ale nawet to gadanie nie przygotowało mnie na ostatnie wydarzenie. Prawdziwe zaskoczenie, naprawde jak kota bym pogonił. Ale pokolei. 

      To była sobota. Lubie soboty. Moje Wredoty czesto wtedy zostaja w domu. Ale ta sobota była inna. Kas jak zwykle wyszła rano. A gdy wróciła od razu zabrała mnie na spacer. I nie żeby ten spacer był właśnie jakiś dziwny, a to co zastałem w domu gdy wróciliśmy. 

      Pierwsze co poczułem to był całkiem nowy zapach. Jakby ktoś obcy włamał się do domu. Od razu ruszyłem na poszukiwanie intruza. Peki Psiogromca Włamywaczy. Pierw sprawdziłem duży pokój - nikogo. Moj nos mówił mi jednak że ten obcy tu był. W kuchni też go nie widziałem. Więc ruszyłem do małego pokoju. Tam był! Bezczelny włamywacz leżał na łóżku moich Wredot. I byłbym się na niego rzucił, naprawde rzucił gdyby nie to że obok tego włamywacza siedział Mic. Aż przysiadłem w miejscu. Nie dosłownie, ale że się zatrzymałem. No bo skoro Mic pozwala temu obcemu być na łóżku to znaczy że to jakiś swój, prawda? A jeśli swój to można obniuchać. No a jak można to znaczy że trzeba. No i podeszłem i niucham co to i kto. Sunia, tak już na pierwszy niuch byłem pewien. No i chciałem niuchać dalej a ona, hop do góry i kłap na mnie zębami. I piszczy mi że mam się nie zbliżć. Chciałem jej szczeknąć ze przecież nic jej nie zrobię, a ona znów na mnie zęby pokazuje że mam się oddalić. Byłem całkiem skołowany. No bo gdzie się podziała takie zwykłe psioar wiwer? Zwykła kulpsiura jak obwachanie tyłków i proste psień dobry? 

      No ale że i Mic i Kas poszli do dużego pokoju podreptałem za nimi. No i nadstawiłem uszu. A tu nic. Jedyne czego sie dowiedziałem to że jeat naszym nowym psiowarzyszem i że na razie dają jej spokój to sama przyjdzie. Że niby to "pewnie będzie jak ze mną". Psiepraszam bardzo ze mną nie pamiętam by były jakiekolwiek kłopoty. I wtedy dotarło do mnie jakim jestem głupim kotem! Przecież ta nowa może nie wiedzieć że tu jest fajny psidom, Kas i Mic nie robia dobrego wrazenia. Sam potrzebowałem chwili by ich zrozumieć. No i hau. I znów cała psiowiedzialność na mnie. Wszystko na psiej głowie. Widać to naprawde ja muszę ją wprowadzić w psiasady tego domu i normalnie przywitać. Bo znając moje Wredoty pewnie NiC jej nie poszczekały.

      Ledwo łape wsadziłem na łóżko ta znów na mnie z warkiem. Więc sobie klapnąłem na podłodze i leże. Myślałem że mi odpadną uszy od tego płaczu. Zaczynałem zazdrościć moim wredotom że mają taki marny słuch. Ta nowa ciągle tylko piskała że się boi, że chce do jakiegoś Gonza, że pewnie była złym psem że trafiła do tego domu. Kto by wytrzymał taki psiament? Ja ledwo dałem rade. Wyciągnięcie z niej jak się nazywa zajęło mi chyba całą wieczność. (No w sensie aż do spaceru.) Pysia. Początkowo zrozumiałem Ptysia i nawet szczekłąłem czy jest jadalna. Ja wiem wiem głupi jak kot jestem, ale każdy może źle zrozumieć. I chyba to jakoś ją tak odstresiło że nawet się troche jakby mniej trzesła niż wcześniej. A trzęsła sie bardzo. Mówie bo czułem. 

      Ale gdy u Wredot uderzyło coś ta znowu wyskoczyła w górę i zaczęła się trzaść. Powinni ją nazwać Dygotka a nie Pysia. Jak dla mnie bardziej by pasowało.  Nie będę wam szczekał wszystkiego co się jeszcze działo, bo mnie łapy rozbolą. Bo działo się dużo. Pysia boi się wszystkiego. Nawet mnie. I kubka. I samo-chodów. Prawie wszystkiego. Dobrze że nie boi się miski z jedzeniem, choć na początku i to omijała. 

      I widzicie że mam racje. Prawdziwy Psiarmagiedon. Jeśli to ma być posiadanie psiostry to ja popsiekuje. Niech kota biją jeśli nie zwariuje przy takiej psianikarze. Choć przynajmniej mam się z czego śmiechać gdy skacze w górę. No i niby też na początku byłem lekko zestresowany, a teraz jest ok. Wiec może i ona się przekona? Wredoty mają racje. Damy jej czas. Hau!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      środa, 04 kwietnia 2018 13:52