Psimi oczami na ludzki świat

Wpisy

  • sobota, 28 października 2017
    • Urlop? A co to?

      Hau-bau.
      Mic jest na tzw. urlopie. Ale co tak naprawde oznacza słowo urlop?
      Początkowo kilka dni temu, gdy usłyszałem to słowo "urlop", sam nie wiedziałem co to jest. Bałem się przez chwilę, że musi być to coś strasznego, bo Mic wiecej czasu spedzał w tej swojej pracy. Zaczynałem już myśleć ze urlop w ludzkim języku oznacza "zapracuje sie na śmierć". Ale nie. Gdy zwierzyłem sie psiojaciołom (Frankowi i Linie) od razu mi to wyjaśnili. Franek mówił że urlop to taki czas gdzie ludzie wyjeżdzają gdzieś daleko na kilka dni. Mowił że zdarza się też ze nie zabieraja ze sobą psa. Aż mnie wbiło w ziemię. Jak to NIE zabierają psa ze sobą?! Zacząłem wypytywać: że, no bo, jak to tak? Franek mówił że zazwyczaj zostawiają go wtedy w psim hotelu lub u dziadków. Lina zaprzeczyła żeby kiedykolwiek słyszała taka bzdurę jak zostawianie psa gdzieś bez właścicieli. Aż sie poszczekali. A ja wróciłem z tego spotkania jeszcze bardziej skołowany i nie mniej... przestraszony. Pocieszało mnie tylko to że Kas nie idzie na ten urlop. Miałem wiec prawie pewność że przynajmniej ona nigdzie nie wyjedzie.
      I stało sie. Po kilku dniach nadszedł pierwszy dzień tego urlopu. Tak sie stresowałem że az dygotałem. Jak dygotek. Ale rano nigdzie Mic nie poszedł (w sensie poza spacerem ze mna). Popołudniu też. Ani wieczorem. I tylko bawił się ze mną. Ganialiśmy się. Pokazywałem mu sztuczki które ćwiczyliśmy z Kas. Nawet oglądaliśmy razem jakieś migotki. Drugiego dnia było identycznie. Dziś jest trzeci dzień i wciaż siedzimy razem w domu. Chodząc na długie spacery. Bawiąc się. I zaczynam rozumieć ze Mic wziął ten urlop pewnie po to by pobyć ze mna. (To prawda że mało był ostatnio w domu.)
      A więc podsumowując:

      Urlopu jak najwięcej!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Urlop? A co to?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      sobota, 28 października 2017 11:00
  • niedziela, 22 października 2017
    • Psie smutki

      Hau-bau.

      Czuję się niekochany. Niby jestem karmiony, głaskany i chodzę na spacerki. Nawet trochę się bawię z Tatą. Mam jednak wrażenie że moi właściciele przestali mnie kochać. Od kilku dni strasznie mało czasu przebywają w domu. Rano po spacerku wychodzą, popołudniu po spacerku wychodzą. Czasem nawet wieczorem wychodzą. I naprawdę nie miałbym może nic przeciwko temu gdyby zabierali mnie ze sobą. Sam spacerek to za mało. Nie żeby nie były fajne. Zazwyczaj mogę sobie poniuchać i pobiegać po naszym polu, ale wolałbym oddać połowę tego spacerku żeby mogli więcej pobyć w domu. 

      Tylko pytanie gdzie oni tak wychodzą. Nie wracają z torbami, znaczy nie chodzą do sklepów. Nie pachną innymi psami czy kotami czyli też nie wychodzą do innych ludziów z zwierzakami. Smutne jest tylko to że wracają tacy zmęczeni. Dosłownie chwila i wchodzą do łóżka. Gdybym nie wpychał się między nich to chyba w ogóle by mnie nie przytulali.

      Aż tu Psięto! Wczoraj Kas cały dzień była w domu. Naprawdę się cieszyłem. Miałem nadzieję że skoro została i nigdzie nie wychodziła to może spędzimy cały dzień na zabawie. Ale się przeliczyłem... Mama cały dzień tylko wyjmowała i wkładała rzeczy do szafek. Biegała z pokoju do pokoju i przesuwała meble. Tyle dobrego że jak tylko podeszłem to od razu skupiała się na mnie. Głaskała i nawet rzucała mi piłeczki.  Miałem jednak wrażenie że jakoś nie ma w niej energii. Nawet gdy złapała sznurki (Kas uwielbia się ze mną nimi bawić) jakoś zbyt szybko udało mi się je zabrać. Było to strasznie dziwne.

      Liczyłem tylko na to że Tatko wróci jak najszybciej. Przy nim Kas staje się jakby weselsza i ma więcej energii. Poza tym Mic chętnie bawi się w podgryzanko. W senie mnie to cieszy a nie Kas. Kas się nie podgryza. 

      No i miałem rację. Jak tylko Mic wrócił od razu w domu zrobiło się weselej. Kas zaczęła się śmiać i nawet psu się na tym zabonusowało. Dostałem kawałek kanapeczki i puzedełko od serka! Mniam. Mogę częściej dostawać takie bonuski. Podsłuchałem też że to ich zmęczenie wiąże się z ich pracą. Mają jakiś "gorący okres". Ale kiedy pies szczeka że najlepiej byłoby to rzucić i spędzać więcej czasu w domu to słuchają?  A figa. A jeśli już słuchają to jak.... kota, a nie najlepszego psyjaciela. Wstyd! No ale któż zrozumie ludziów? 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Psie smutki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 października 2017 15:15
  • środa, 11 października 2017
    • Lasy, grzyby i dziadzio

      Grzybopinowanie

      Hau-bau.

      Jako pierwsze chciałbym psieprosić za to że ostatnio nie miałem jak wpisać nic do pamiętniczka. Wszystko jest winą Kas która zamiast zając się czymś pożytecznym, tylko śpi i śpi. A mi głupio odejść od niej kiedy mnie tak przytula, więc niechcący zaniedbałem swoje obowiązki. Ale już je nadrabiam. No bo sporo się działo i chcę o tym opowiedzieć.

       

      W ostatnią niedzielę myślałem że Kas i Mic oszaleli. Naprawdę na to wyglądało. Zwykle w niedzielę to ja muszę ich budzić by zabrali mnie rano na spacer i to też potrafią mnie kilka razy odgonić. A tego dnia nie dość że wstali sami to jeszcze ubierali się szybko i poganiali siebie nawzajem że jest późno. PÓŹNO?!  Aż im zapiszczałem że jest środek nocy, a nie jakieś późno. Ale nie zwracali na mnie żadnej uwagi. Zacząłem się też denerwować. No bo zabierali różne rzeczy, a nic nie wskazywało że zabiorą i mnie! Kręciłem im się nawet między nogami co też nic nie dało. Poza momentami gdy przesuwali mnie na bok. I tylko mówili. "Późno" i "zaraz". 

      Naprawdę zacząłem się bać. Już miałem złapać Mic za spodnie, by powiedział mi co się dzieje, gdy przypięli mi znienacka smyczkę. Aaaaaaa.... czyli jednak idę z nimi. Schodząc po schodach doszedłem do wniosku, że pewnie idziemy na nasz nocny patrol. Tak jak z wujkiem Mik. Tylko że rodzinnie. I nawet już się na to cieszyłem. Taki długaśny wspólny spacerek. Tak to lubię. I pewnie cieszyłbym się dalej gdyby nie to, że zamiast na długi spacerek, poszliśmy tak naprawdę do samochodu. Czyżby jednak czekała nas dalsza wyprawa? Mimo moich pytających spojrzeń nic mi nie powiedzieli. I tylko cały czas gadali, a raczej Kas marudziła że pada, że mokro i że ona nienawidzi zbieractwa. 

      Aha! Czyli jedziemy na zbieractwo! (cokolwiek to znaczy) Byłem już spokojny. No bo czym się miałem denerwować skoro nie jechaliśmy do wetotwora? Może znów jedziemy na łączkę? Chociaż... po co jeździć na łączkę w nocy? A jeszcze mocniej się skołowałem, gdy znienacka pojawił się w samochodzie Dziadek Woj. To taki jakby Tata Kas i Mic. Choć nie mieszka z nami to mówili mi że jest częścią naszej rodziny. Dziadek Woj często mówi że ugryzie mnie w ucho gdy będę niegrzeczny. To chyba jakiś dziwny ludzki żart, bo wtedy wszyscy się śmieją. Nie zostaje mi wtedy nic tylko udawać że rozumiem i śmiać się razem z nimi, prawda? Przecież nie pokaże że nie rozumiem. Mam swój psionor. 

      Jechaliśmy bardzo długo, a ja znów zacząłem się denerwować. Może jedziemy tak daleko bo się zgubili? Powoli z tych nerwów, zaczynałem chcieć siusiu. (Każdy by tak zareagował na moim miejscu, jestem pewien.) I nagle Mic powiedział "Wysiadka". Normalnie oszalałem z radości. Ledwo Kas uchyliła drzwi wyskoczyłem na zewnątrz. 

      I aż nos mi oszalał. Byliśmy w jakimś dziwnym miejscu. Od razu to wyczułem po zapachu. Nie były to zapaszki innych psów i kotów, a całkiem nowe. Takie cięższe i lżejsze i całkiem inne! Chciałem już zbadać te aromaty, gdy zobaczyłem że moja gromadka idzie w stronę takich gęstych drzewek. No co miałem robić? Pobiegłem za nimi. I gdy już ich dogoniłem, Mic i Kas nachyli się do mnie i powiedzieli że właśnie znajdujemy się w lesie. I że przyjechaliśmy do tego lasu zbierać grzyby. Nawet dali mi jednego takiego do powąchania. (pachniało jak największe na ziemi obrzydlistwo FE) Powiedzieli też że muszę ich pilnować. Ze zawsze mam być albo blisko nich, albo dziadka, byśmy się nie pogubili. Zrozumiałem w mig. 

      Ja Peki Bury zostałem mianowany na psilnowacza. Miałem ich pilnować żeby nie zabłądzili w tym wielkim lesie. No bo racja kto byłby w tym lepszy by dopilnować swoją rodzinę jak nie pies. Superpies! I uważam, że wywiązałem się z tego zadania perfekcyjnie. Starałem się zawsze wiedzieć gdzie które z nich się znajduje, choć często wymagało to dużo biegania od osoby do osoby. Jeszcze Mic i Kas trzymali się w miarę razem. Największy problem miałem z Dziadkiem. Ten ludź jest po prostu, po prostu... niedoupilnowania. Zawsze, ale to zawsze szedł w innym kierunku. Jak myśmy szli w jedna stronę, to mogłem być pewien, że on pójdzie w inna, albo nawet zawróci. Dwa razy wręcz musiałem użyć nosa by go znaleźć, tak się schował. Oczywiście, mimo iż musiałem uważać na moją rodzinę, to miałem też chwile by poniuchać sobie te nowe zapaszki. A czasem nawet by poznaczyć teren. 

      Obserwowałem też jacy dziwni potrafią być ludzie na tych swoich zbieractwach. Zachowywali się trochę bezsensownie. No bo pojechali zbierać te swoje grzyby, prawda? No właśnie. I mijaliśmy tych grzybów baaaaaaardzo dużo. A oni ich nawet nie dotykali, tylko szli dalej. A potem rzucali się w jakieś miejsce i stamtąd wybierali nawet kilka sztuk, lub chwalili się jednym jakimś malutkim, mimo iż wokół mieli takie większe. Bezsensu. Ale przynajmniej dobrze się bawili. 

      Kiedy zarządzili powrót do domu pomyślałem że nie mógłbym dostać lepszej nagrody za całodzienną pracę. Niby cały czas mówili że przyjechaliśmy się tam się bawić, ale ja miałem wrażenie że tak naprawdę był to najbardziej pracowity dzień w moim życiu. Nie żebym narzekał. Było naprawdę fajnie, ale byłem też szczęśliwy że już wracamy. Moje biedne łapki już ledwo szły. 

      Kiedy wreszcie dotarliśmy do samochodu, nie miałem już dosłownie na nic siły. Ledwo dałem rade ułożyć się na swoim miejscu. I potem zaczęli mnie głaskać... Było mi tak dobrze. Patrząc tak na to z boku to zbieractwo jest nawet nie najgorsze. Ciekawe czy jeszcze kiedyś pojedziemy do lasu... Możemy nawet z Dziadkiem. Poproszę tylko Mic by przypięli mu smycz. Wtedy będzie łatwiej go pilnować. Jestem tego pewien.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      środa, 11 października 2017 10:39
  • środa, 04 października 2017
    • Opuszczony pies

      Hau-bau.

      Wczoraj zostałem pół Psierotą. Przynajmniej tak mi się wydawało. A to wszystko przez Tatę.

      Zwykle jest tak że albo Kas i Mic wracają razem, albo Mama wraca wcześniej sama. I to był właśnie dzień gdzie wróciła sama. I w tym nie było nic dziwnego. Poszliśmy na spacer, pobiegałem sobie na polu, nawet zostałem pochwalony bo pięknie wykonałem kilka sztuczek. Oczywiście nagrodzonych smakosiami. Zauważyłem też że gdy trzymam się bliżej na spacerkach to potrafię być nawet poczęstowany parówką. Albo kabanoskiem. Próbowałem więc dziś jak najmniej się zaniuchiwać i udało mi się. Nie przegapiłem ani jednego kawałeczka mienska. 

      W domu też nie działo się nic złego. Chwilę się pobawiliśmy sznurkami, trochę pomizialiśmy, potuliliśmy. Nawet załapaliśmy się na szybką drzemkę. Idealny dzień. Udało mi się nawet wyżebrać skrawki z kurczaczka, gdy Kas wzięła się za robienie jedzonka. A gdy w domu robi się jedzonko oznacza to że Mic zaraz wróci. A jak wróci to albo się ze mną pobawi, albo zabierze na spacerek. Nic tylko się cieszyć. Wyszukałem nawet piłeczkę by była pod pyszczkiem gdy się pojawi.

      I czekałem. Nawet przeniosłem się bliżej drzwi by szybciej go przywitać. I nawet słyszałem że jacyś inni ludzie kręcili się pod drzwiami, ale żaden z nich nie był Mic. Czekałem tam długo. I byłem nawet pewien ze jedzonko skończyło się już dawno robić. Czekałem aż nie pojawiła się Kas i nie przypięła mi smyczy. Już totalnie wtedy zgłupiałem. Ale pomyślałem że może czeka na nas na dole? Czasami się i tak zdarzało że wydawało mi się że wychodzimy z Kas na spacerek, a na dole czekał Mic i szliśmy wszyscy razem. Ale nie. Na dole tez go nie było. Nawet nie czułem jego zapachu nigdzie w pobliżu. Gdy wróciliśmy do domu wciąż go nie było. Zdążyliśmy z Kas obejrzeć (w sensie ona oglądała ja się tuliłem) coś w migoczącym pudełku, a ten mój tatko ciągle nie wracał. Czyżby musiał dłużej zostać w tej swojej pracy? 

      Postanowiłem wtedy przenieść się bliżej drzwi. Chciałem być pierwszym który się z nim przywita. I oszczekać go za takie późne wracanie. Kas wołała mnie kilka razy że jeśli chcę mogę się do niej przyłączyć na kanapie do oglądania i głaskania, ale nie. Wolałem pozostać na straży. Od tego czekania pyszczek zaczął mi się otwierać. I oczka zamykały. Ale dawałem radę. Nasłuchiwałem czy Tata nie idzie po schodach. Nawet nos wetknąłem prawie pod same drzwi by od razu wyczuć jego zapach. Byłem jak psiartownik. Wartowałem przy drzwiach niezmordowany nie poddając się ani zmęczeniu ani nawet nawoływaniu Kas. Nie dawałem... się... nawet... snowi...

      I nie żebym zasnął po prostu zmniejszyłem czujność do rana. Gdy się podniosłem byłem już pewien że Mic jest w domu. Przecież musiał wrócić. Nawet byłem w stanie uwierzyć że mógłby przemknąć koło takiego świetnego psiartownika jak ja. Ale po sprawdzeniu wszystkich kątów (koło lodówki sprawdzałem trzy razy i raz obniuchałem nawet calutką łazienkę) musiałem pogodzić się że go nie ma. Zacząłem się bać że już nigdy nie wróci. A kiedy później i Kas wyszła do pracy zacząłem się bać że zostanę już na zawsze sam. Przecież skoro Mic nie wrócił to może się okazać że i Kas nie wróci. Tak się bałem że zostałem porzucony, że zostanę Psierotą, że prawie pogryzłem buty. Naprawdę ledwo nad sobą panowałem. Jakbym nie był psem to bym pewnie okociał ze zmartwienia. 

      Pewnie przez te ich pomysły nie wracania wybieliłoby mi się futro, gdyby nie to że wrócili. Wrócili razem. Nie wiedziałem jak dać upust swemu szczęściu. Myślałem że ich zaliżę. Zacząłem chodzić za nimi krok w krok by się upewnić, że to nie sen. I nawet na spacer poszliśmy wszyscy razem. Prawdziwa Rodzina. 

      (Jak się okazało niedobry Mic nocował po prostu u wujka Mik, bo bawili się w jakieś te swoje ludziowe zabawy. I podobno Kas o tym wiedziała. ALE PSU JAK ZWYKLE NIKT NIC NIE POWIEDZiAŁ!!!)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      środa, 04 października 2017 21:04
  • poniedziałek, 02 października 2017
    • WRRRRRRRRRRRRR - poznaje Fredka

      Hau-bau.

      Żeby nie było nie jestem tchórzem. Naprawdę nie jestem. Nie boję się huku, ani samochodów. Nie boję się nawet zostawać sam w domu. Jestem odważnym pewnym siebie psem. Nic nie jest w stanie mnie przerazić. NIC... no może poza Fredkiem. W sensie Fredka się też nie boję, po prostu... nie lubię go. O właśnie. Nie lubię Fredka. Fredek jest niefajny i głośny. 

      Fredek pojawił się u nas wczoraj. Kas i Mic przynieśli go w takim dużym pudełku. I już od progu wołali. "Peki mamy nowego kolegę dla ciebie". Kolegę? Dla mnie? Aż mi ogon zamerdał. Czyżbym miał mieć Psiowarzysza? Wiedziałem że w niektórych domach mieszkają ludzie z więcej niż jednym psem, ale nigdy nie myślałem że i ja będę miał takiego współlokatora. Ostrożnie więc obwąchałem to pudło. I już wtedy powinienem zwęszyć podstęp z ich strony, bo ono wcale nie pachniało po psiemu. Pachniało tak obco, że już się bałem że ukryli w nim kota. A fe! Ale nie... pudło było podejrzanie ciche... Zacząłem się denerwować kim jest ten Fredek. A jeśli to coś podobnego do wetotwora? Albo... gorzej? Postanowiłem trzymać się blisko, ale ostrożnie. Ostrożności nigdy za wiele.  

      Aż wreszcie doczekałem się otwarcia pudełka. 

      I z całą pewnością mogłem stwierdzić że Fredek nie jest psem. Ani kotem. I wydawał się wręcz nieżywy. Bo tak tylko leżał i się nie ruszał. Był taki nieduży i miał taki długi gruby ogon. A potem jeszcze okazało się że ma jeszcze jeden cienki, taki bardzo cienki z drugiej strony. Trąciłem go nosem i łapą, a on nic. Nie zareagował nawet jak ugryzłem mu ten duży ogon. Jak dla mnie mogli sobie tego Fredka zabrać. Phi.

      I nagle ten... ten... ten... stwór zrobił WRRRRRRRRRRRRRR. Aż odskoczyłem. Może jednak to jest żywe tylko spało, a ja moim gryzieniem to zezłościłem? Chciałem się jeszcze raz obniuchać na zgodę, ale widać naprawdę mocno mu podpadłem bo znów zaczął to swoje WRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR i jeszcze jego ogon ruszył w moją stronę. Salwowałem się ucieczką. Nie dlatego że się wystraszyłem, oczywiście że nie, po prostu stwierdziłem ze zejdę mu z drogi, by go bardziej nie denerwować. I wtedy zobaczyłem że Mic próbuje opanować tego potwora. Trzymał go za ogon i próbował przyciągnąć do siebie, a ten mu się ciągle wyrywał. 

      Walczyli tak długo w całym domu. Ale sam widziałem jak ten Fredek przegrywał. Próbował jeść wszystko żeby tylko nie opaść z sił. A momentami nawet próbował się ukryć w kącie! Ale mój Tata sobie z nim poradził. I wreszcie Fredek padł, pewnie ze zmęczenia bo na podłodze nie było nic czym mógłby dodać sobie sił. Poddał się i umilkł. A nawet zwinął oba ogony pod siebie! I dobrze. Szczeknąłem jeszcze do niego by wiedział że nie ma co zadzierać z Mic. 

      Dobry mi prezent dla psa! Jeśli myśleli że dogadam się z tym wstręciochem to grubo się mylili. Jak dla mnie mogą go zabrać tam skąd go wzięli. I nigdy więcej nie przyprowadzali z powrotem. Ale oczywiście moi właściciele nigdy nie zrobią nic mądrego. Stwierdzili (sam słyszałem!) że Fredek się świetnie spisał (niby w czym?!) i że zostaje z nami. No tak kolejny raz zdanie psa mają pod ogonem. Nie pomogło nawet to gdy warknąłem wyrażając swoją niechęć do tego pomysłu. 

      Na szczęście ukryli Fredka w kącie zastawiając stołem. Mam nadzieję że sam się stamtąd nie wydostanie. Bo wątpię czy Kas by sobie z nim poradziła. A ja przysięgam nigdy już nie gryźć Fredkowi ogona by go obudzić. Chociaż.... może jakby obudzić go delikatnie mniej by się złościł?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      peki.i.my
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 października 2017 17:22