Menu

Psimi oczami na ludzki świat

Co byłoby gdybyśmy rozumieli psie myśli? Albo psy umiałyby mówić? Co byśmy od nich usłyszeli? Peki pies wybitnie nierasowy i my - wredni właściciele chcemy przedstawić humorystyczno-życiowego bloga pisanego z perspektywy psich ślepi...

Wypiszcze się

peki.i.my

 

byłoteraz

Hau-au.

Psień dobry. Jeszcze troszkę się boję, ale mój psiaciszek mówi że powinnam się wam przedstawić samopsielnie. Jestem Pysia. Przynajmniej ludzie tak na mnie mówią. Mówią też że mam jakieś dwa latka, choć jeszcze nie do końca wiem co to znaczy, ale słyszałam że to niedużo. Choć Peki mnie szturcha że mam nie trząść uszami a siadać i pisać w tym dziwnym pudełku, wciąż wątpię by ktokolwiek chciałby słuchać mego szczekania. Ale podobno psiaci starszych trzeba słuchać, więc szczekam. 

Odkąd pamiętam, po tym jak straciłam dom, opiekował się mną taki duży psiolega. Wtedy jeszcze nie miałam imienia. A raczej miałam i on też miał, tylko że psich imion nie da się od tak przekazać ludziom. Kręciliśmy się razem z miejsca na miejsce szukając jedzenia i choćby troszkę wygodniejszego miejsca do spania. Podejrzewam że gdyby nie mój psiolega nie dałabym sobie rady. Zawsze mnie bronił, zawsze dzielił się ze mną wszystkim co znalazł, aż do dnia gdy się nie obudził. Choć szturchałam go noskiem, biłam łapką a nawet szczekałam na niego. Mój towarzysz nie chciał się ruszyć. Zaczynał też coraz dziwniej pachnieć. I chyba właśnie to sprowadziło na nas pewnego wielkiego ludzia. Tak bardzo się bałam. Nie wiedziałam co robić, bo ten ludź zabrał mego psiolege. Próbowałam iść za nimi, ale łapki miałam takie sztywne. Tylko piszczałam, płakałam za moim psyjacielem. 

Już myślałam że zostałam sama, ale ten ludź zaczął wracać. Przynosił mi jeść. I zrobił takie dziwne miejsce, które okazało się idealne do spanka. A potem pojawił się kanciaty Potwór. Pierw tak zachęcająco pachniał. Każdy głodny pies to zrozumie. A ja byłam głodna. I było tak zimno, bo co kilka dni padał taki zimny śnieg. A każdy pies wie że pełny brzuszek to choć trochę ciepła. No i zbliżałam się do tego kanciastego. A on dawał takie smaczne pachnące jedzonko. Kanciasty był bardzo wąski i jak weszłam za daleko zrobił takie wielkie KŁAP! 

Próbowałam uciec! Naprawdę próbowałam. Piszczałam o pomoc, płakałam. Ale Potwór nie chciał mnie wypuścić. I co straszniejsze przyzwał tych wielkich ludziów! Zaczęłam się rzucać. Nie wiedziałam co było straszniejsze Kanciasty Potwór czy ludzie. I chyba by moje psie małe serduszko nie wytrzymało tego gdyby nie to jak mówiły. Nie wiedziałam że ludzie mogą mówić takim miłym głosem. Zabrały mnie ze sobą, nadal uwięziona w Potworze. Wtedy było mi już wszystko jedno, choć miałam cichą nadzieję że może, ale tak tylko troszkę zabierają mnie by uwolnić mnie od tego stwora. 

Te ludzie zabrały mnie do takiego dziwnego miejsca. Pachniało tam dziwnie. Niby innymi pieskami, ale też nowymi nieznanymi zapachami. Skądś pamiętałam ten zapach. Zbyt się jednak bałam by choćby próbować sobie przypomnieć.  Sama nie wiem kiedy to się stało i z szczęk potwora znalazłam się na takim twardym czymś i kolejny ludź dotykał mnie swymi ludzimi łapkami. Ale tak miło. Delikatnie. A potem tamte wcześniejsze ludzie mnie też dotykały tak delikatnie. Słyszałam jak mówili że jestem chora. Że moje ciałko jest chore i będzie trzeba mnie leczyć. Widziałam jak pokiwały te ludzie do tamtego ludzia głowami i zabrały mnie. Zabrały mnie do domku gdzie jak się okazało mieszka dużo takich niechcianych piesów jak ja. 

Poznałam tam jednookiego Gonzo. Początkowo trochę się bałam jego wesołości, ale to właśnie on nauczył mnie zabawy w ganianego. I Sabinkę, która się mną zaopiekowała i Tolcie i Dagusia i Gryzie i nawet koty. Do tej pory nie wiedziałam że koty mogą być miłe. To oni wszyscy przekonali mnie do tych ludziów co tam mieszkali. Że nie zrobią mi nic złego. I chyba to prawda bo i miałam ciepło do spanka i jeść i gdzie biegać. Nawet dostałam zabawki. Takie do gryzania. Ja naprawdę byłam tam szczęśliwa. Nawet gdy coś zrobili z moim brzuszkiem że troszkę pobolewał i swędział. I naprawdę nie chciałam stamtąd odchodzić. Mimo iż Gozno mówił mi że to nie jest miejsce na stałe, to ja miałam nadzieję że mnie nikt nie psygarnie. Chciałam zostać już tam na zawsze najlepiej z nim. Był moim prawdziwym Psyjacielem. 

Aż pewnego dnia usłyszałam że przyjadą po mnie jacyś ludzie. I mnie zabiorą. I mimo iż Gonzo i Gryzia mówili że powinnam się cieszyć ja wiedziałam swoje. Starałam się zrobić jak najgorsze wrażenie. No i omijałam ich szerokim łukiem. Ale to nic nie dało i jednak mnie zabrali. Początkowo strasznie się ich bałam. A najbardziej wystraszyłam się gdy się okazało że u nich mieszka już piesek. No bo po co komu taki znajdek jak ja jak ma już pieska? 

Ale zostałam. Choć początkowo byli straszni ci ludzie tutaj, okazali się potem niestraszni. Peki też jest bardzo ok. Może nie umie się bawić jak Gonzo, ale nie jest źle. Naucze go tak jak nauczył mnie Gonzo. A ci moi ludzia jak nazywa ich Peki - Wredoty, też z każdym dniek okazują się coraz bardziej ok, a nawet fajni. I choć czasem zwalają mnie z łóżka to naprawdę chyba o mnie dbają. Dostaje jeść, głaszczą mnie i spacerkują ze mną. Żałuje że nie mogę już biegać swobodnie, ale mówią że jeśli będę grzeczna to więcej niż możliwe, że będę za jakiś czas biegać sama. Na razie ucze się chodzić ładnie na smyczce. To taki długi kawałek sznurka. Nie jest źle. Au.

 

♥ Gonzo jeśli kiedyś to psieczytasz, wiec że tęsknie za Tobą. Ale że jestem też psieśliwa. I mam nadzieję że kiedyś Cie jeszcze zniucham. Szczekaczki! 

 

 

© Psimi oczami na ludzki świat
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci